poniedziałek, 24 lutego 2014

ROZDZIAŁ 8



 Po baaardzo długiej przerwie wstawiam kolejny rozdział. Nie powiem, ale jestem leniem i mi się nie chciało najzwyczajniej wstawiać tej notki. Ale obiecuję, że w tą sobotę pojawi się kolejny rozdział :) 
A i proszę komentujcie, bo chcę widzieć ile osób czyta :)
Wasza Sue ;)

~~*~~

Rozdział 8
Po tych romantycznych historiach wyszłyśmy komnat i ruszyłyśmy do dormitorium. Miałyśmy trochę stracha, żeby nas nikt nie przyłapał na korytarzy o 2 nad ranem.
Historie, które nasi rodzice nam opowiedzieli były bardzo romantyczne i przekonujące, ale nie zamknęły nam oczu. To nie jest takie łatwe. Jak tylko doszłyśmy do dormitorium rzuciłyśmy zaklęcie wygłuszające i zaczęłyśmy rozprawiać o porwanych mugolkach.
-Widziałam plany budynku, w którym trzymają porwane, u nich na stole, mogę je narysować- zadeklarowała Sue
-Hasła do komnat więziennych są takie: Haresto Postium, i Kolobio Sabori.- powiedziałam- tylko jak się tam dostaniemy?
-Może za pomącą tego- Emily rzuciła nam starą gazetę, na której było napisane: „akcja ratunkowa, środa, 8”- leżało w pudle z napisem „jednak nie”. Swoją drogą, co za głupia nazwa. Mamy czas do ósmej i ruszamy. Jesteście pewne, że damy sobie radę?
-Nie- powiedziałam- ale musimy tam iść. Choćby dla spokoju sumienia. Coś mi podpowiada, że bardzo się zdziwimy, gdy tam pójdziemy.
Położyłyśmy się spać. Budziki miałyśmy nastawione na 7, aby zdążyć się przygotować, do „misji ratunkowej”. Szczerze mówiąc trochę zaczęłyśmy się bać. Ruszałyśmy do siedziby Voldemorta, bez większego przygotowania, czy nawet obmyślenia planu. Trudno, słowo się rzekło, idziemy.
Rano bardzo szybko wstałyśmy i ubrałyśmy się w najwygodniejsze mugolskie ubrania, jakie miałyśmy. Byłyśmy gotowe na ewentualną walkę. Równo o 8 dotknęłyśmy świstoklika. Po chwili poczułam nie szarpnięcie, na wysokości pępka.
W jednej chwili stałyśmy przed olbrzymim białym domem. Wyglądał na wielki i luksusowy, ale nie podobał mi się. Był zbyt sztuczny i zimny.  Nie wyglądał jak dom, tylko jak forteca, albo… no nie wiem, ale był taki surowy.
Niepewnie weszłyśmy do środka, rozglądając się uważnie. Nikt nie mógł nas zobaczyć, nie przed dotarciem do tych dziewczyn. W tedy nie miałybyśmy żadnych szans.
Wejście do środka było jeszcze gorsze niż zewnętrzna część domu. Wszystko było białe, na ścianach wisiały lustra z metalowymi ramami. W rogu stała małą szafka, również metalowa. Całe pomieszczenie było bardzo zimne i nieprzyjemne.
Sue kierowała nami, labirynty korytarzy poprowadziły nas do piwnicy, gdzie znajdowały się same cele. Tam szliśmy bardzo długo prosto, ciągle trzymając różdżki w gotowości, tak na wszelki wypadek. W końcu Sue powiedział, że to tu i wskazała na jedne z wielu drzwi.
- Haresto Postium- powiedziałam i drzwi się otworzyły.
Weszłyśmy do środka i potwierdziły się nasze najgorsze obawy. W celi siedziały skulone

W celi siedziała skulona Kate Wayland i dumnie wyprostowana Charlotta Moon. Nasze przyjaciółki ze szkoły. Ale nie były tam same. Na metalowej imitacji łóżka siedział nie, kto inny, tylko nasz ulubiony nauczyciel, fan beatles’ ów, czyli pan Goldfinch.
Dopiero po chwili zauważyła, że Charlotte nie wygląda najlepiej. O ile Kate miał jedynie bliznę w okolicach prawego oka, to Moon wyglądała na mocno poobijaną. Widocznie nie zamierzała być posłuszna, nawet stojąc przed Śmierciożercami, a może i samym Voldemortem.  Cóż po Lotte można się tego spodziewać. Z wyglądu może wygląda niewinnie, bo ma brązowe, lekko falowane włosy, jest wysoka,  ma zielone oczy… i ogólnie jej twarz wygląda przyjaźnie… ale tylko wygląda. Ubiera się dość piracko i ma Jack’ owski styl poruszania się.
Kate, za to, wyglądała na bardziej niebezpieczną. Jej niebieskie oczy aż świeciły w ciemnościach, a czarne włosy sięgające do łopatek nadawały mrocznego wyrazu. Była jednak dość uległa, co nie znaczy, że nie miała własnego zdania. Zawsze, gdy coś kłóciło się z jej przekonaniami pokazywała pazurki.

No i jeszcze pan Goldfinch. Wyglądał na, z lekka, zszokowanego. Raczej nie spodziewał się nas zobaczyć, nie w tym miejscu. Nie był on zbyt wysoki, wyglądał na 50, 60 lat, i mniej więcej tyle miał. Jego brązowe włosy, były 100% farbowane. Ogólnie ubierał się on w ciemne kolory, ale czasami przychodził do pracy w błękitnej koszuli, lub beżowym pulowerze. Teraz miał na sobie tę właśnie koszulę i nie za ciemne jeansy, co było u niego rzadkością.
-Witam moje panie.- usłyszałyśmy za sobą głos, który do złudzenia przypominał syk, odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy nie, kogo innego, jak tylko Voldemorta we własnej osobie- jak widać plan się udał i zawitałyście do nas.  Zostaniecie tu na dłużej.
Wyciągnęłyśmy różdżki z kieszeni, ale zanim spróbowałyśmy rzucić jakiekolwiek zaklęcie wszystkie trzy były już w ręce naszego przeciwnika.
-Nie zachowujcie się nie rozsądnie. Nic się wam nie stanie, jeśli będziecie grzeczne, nie o was nam chodzi, lecz o waszych ojców- albo kłamał, albo nie wiedział nic o przepowiedni. Obie opcje były tak samo prawdopodobne.
Voldemort opuścił naszą cele zostawiając nas bez różdżek, więc bez jakiej kol wiek szansy wydostanie się stąd.
Rozejrzałam się po sali były tu te trzy imitacje łóżek i to wszystko. Najgorsze było tu, to, że pomieszczenie było takie puste. Nie budziło nawet grozy, ono nie budziło żadnych emocji, co było dla mnie gorsze niż strach. Ta nijakość była… nie do określenia.
-Co wy tu, do cholery, robicie?- spytała po pewnym czasie Charlotta
-Oj to naprawdę długa historia- powiedziałam, po czym wszystkie na zmianę opowiadałyśmy o tym, co nas spotkało, przez ostatnie dwa miesiące. Zdziwienie na twarzy dwójki dziewczyn było wielkie, ale za to na twarzy byłego nauczyciele, nie widać było żadnych emocji. Zdziwiło nas to, przecież nie codziennie człowiek dowiaduje się, że stojące przed nim osoby są córkami, osób, o których wcześniej myślał, że są to tylko zmyślone postaci. 

Nie ważne, że byłyśmy zamknięte w pomieszczeniu bez okien, ważne, że wyły z nami Kate i Charlotte. Miny Goldfinch’ a były w tej najmniej ważne, co dziwne, bo byłyśmy stałym składem „A widziałyście, Goldfinch…”
-No to teraz słuchajcie, co się działo u nas.- zaczęła Charlotte- ogarnijcie, że w wakacje…- tu było długie opowiadanie, o jakiejś tam paradzie w naszym mieście.
-Mówcie lepiej jak was porwali- przerwałam jej po jakimś czasie, gdy zaczęła opisywać jakiegoś, podobno, bardzo przystojnego blondyna, który był na tej paradzie.
-Dobra- powiedział Kate- na rozpoczęcie roku przyszłyśmy normalnie, zdziwiłyśmy się, ze was niema, bo miałyście dostać niezły ochrzan, za nie odpisywanie na sms- y. Wycierpiałyśmy swoje na Sali gimnastycznej, wysłuchałyśmy nawet dyrektora, a wiecie, ze jemu się nigdy nie śpieszy, po czym wyszłyśmy ze szkoły. Ja i Charlotte szłyśmy koło siebie, za nami pan Goldfinch. I tyle pamiętam. Potem chyba nas ktoś ogłuszył i znalazłyśmy się tu.- zakończyła
-Czyli nie wiecie za wiele- powiedziałam zamyślona
Co z tego, że byłyśmy na łasce u Lorda Voldemorta? Co z tego, że mogłyśmy zginąć w każdej chwili? I tak nasza rozmowa, co pięć sekund skutkowała śmiechem. No, a Goldfinch miał dziwną minę jak na nas patrzył. Z jednej strony mu się nie dziwie. Śpiewałyśmy „Chce być jak Alan Rickman” , wiec na pewno wyglądałyśmy głupio, ale nie obchodziło nas to, nie teraz.

Jednak po pewnym czasie nasz dobry humor prysł. Drzwi do naszej celi powoli się otwierały, nie wiedziałyśmy, kto stoi po drugiej stronie. Szczerze mówiąc obleciał mnie strach. Po chwili w drzwiach stanęła szczupła kobieta, z burzą czarnych włosów na głowie. To była moja matka. Spojrzał na nas pogardliwie, lecz jaj wzrok zatrzymał się na mnie na dłużej. W jej oczach zauważyłam, jakby lekki błysk smutku.
Dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że kobieta trzyma w ręku tacę. Położyła ją na ziemi, nie odzywając się do nas. Przeszła jednak obok mnie lekko dotykając mojego ramienia.
Gdy kobieta wyszła spojrzałam w tamtą stronę. Na ręce miałam przyklejoną karteczkę. Było to dość banale i… mugolskie. Na karteczce pisało tylko „przeprasza”. Nie miałam pojęcia, za co mnie przeprasza. Za to, że tu jestem, za to, ze mnie nie wychowywała, czy za coś co się dopiero stanie?

Jak mogę myśleć o niej jak o matce? Nawet, jeśli ma jakiś tam „instynkt macierzyński”, to wole nie myśleć ile ona zabiła już dziewczyn takich jak ja. Mugolek, czy zdrajczyń krwi. Nie umiałam widzieć w niej mamy. Była to po prostu Śmierciożerczyni, mój śmiertelny wróg. I mam nadzieje, że jedyne, co odziedziczyłam po niej to włosy.
No cóż, nie czas i miejsce o tym myśleć.

Do wieczora czas minął nam szybko. I w tedy narodziła się nowy problem. W celi były trzy łóżka, a nas było SZEŚCIU. Jedno łóżko było trochę większe od dwóch pozostałych. Ustaliłyśmy, że tam, będzie spał Goldfinch, z którąś z nas. Potem rozpoczął się spór, z którą. Nie żebyśmy go nie lubiły, ale żadna z nas nie chciała spać na jednym łóżku z 50 letnim nauczycielem.  Nie wiem, dlaczego no dobra wiem, to było chore. Po za tym, z naszymi skojarzeniami…
Po bardzo długich kłótniach i dyskusjach w racjonalny sposób wybrałyśmy, która śpi ze Goldfinch’ em (podarłyśmy kartę od Bellatrix i losowałyśmy, kto ma najmniejszą). No cóż… biedna Emily.

Potem ustaliłyśmy, już bez kłótni, że ja śpię z Kate, a Sue z Charlotte. Po tym dniu położyłyśmy się spać dość szybko, ale nasz sen był czujny. Niczym dzika zwierzyna nasłuchiwałyśmy, czy nie zbliża się drapieżca.
Obudziłyśmy się tez dość szybko, a przynajmniej tak nam się zdawało, bo w celi bez okien ciężko jest kontrolować czas. Chwile podyskutowałyśmy z panem Goldfinch’ em o szesnastowiecznej Polsce, a szczególnie o mezaliansie i o folwarkach szlacheckich. Potem jeszcze krótka dyskusja o II Wojnie Światowej, czyli to, o czym często rozmawiałyśmy z historykiem.

Niestety nasze beztroskie rozważania na temat słuszności Powstania Warszawskiego zostały przerwane wejściem do celi sześciu Śmierciożerców.
-Nie jest wam za wesoło- spytał Grayback- przyszliśmy popsuć wam humor
-Odwal się, rozmawiamy- powiedział Charlotte jakby nigdy, nic.
-Bello?- spytał wilkołak- mogę ja się nią zająć?- widać w tym momencie ona była szefem. 

-Rób co chcesz- powiedział- tylko zostawcie mi moją córkę- o słowo wręcz wypluła- jako matka powinnam ją wychować- ten głos wskazywał na długie godziny bólu.- i wynocha mi stąd! Każdy bierze jedną osobę i do siebie. Chce zostać z nią sam na sam.
No i Charlotte dumnym krokiem poszła za Grayback’ iem, Kate poszła za Amycusem, Goldfinch za Alecto,  Sue za Scabiorem i Emily za jakimś kolesiem, którego kompletnie nie znałam
Bałam się o siebie, ale jeszcze bardziej o nich. Mam nadzieje, że nic im nie będzie. A póki, co musze się skupić na Bellatrix…
-Keta…- zaczęła dość łagodnie
-Odwal się, nie musimy rozmawiać. Masz mnie tylko trochę poturbować, ewentualnie zabić, wiec przejdźmy do rzeczy mamusiu- ostatnie słowo wyplułam, jak najgorsze przekleństwo. To nie była mama, to była „kobieta, która mnie urodziła” i to wszystko. Nic oprócz krwi nas nie łączyło..

-Och, jesteś bezczelna, dumna i przekonana o swojej racji. Jestem dumna.- powiedział- nie chcę cię jednak, ani zabić, ani torturować. Bądź, co bądź, jesteś moją córką, moją krwią. A przelewnie na próżno tak dobrej krwi byłoby marnotrawstwem.
-To, czego ode mnie chcesz!?- krzyknęłam
-Jesteś moją córką, chcę cię bronić. Nie wyobrażam sobie, by mógł ci coś zrobić jeden z tych napalonych mężczyzn, którzy tylko czekają na okazję, by rozdziewiczyć którąś z was. I dziś nadarzyła im się okazja.

Słowa te trochę do mnie docierały. O tej dziedzinie tortur nie pomyślałam.
-Jeśli próbujesz pokazać, że ci na mnie zależy, to nie dopuść, by któryś z tych zboczeńców dobrał się do moich koleżanek.
-One mnie nie obchodzą. Dla mnie liczysz się…
-A dla mnie liczą się one. Jeśli jakiś facet położy na nich łapy, to będę wiedziała, kogo za to obwinić! Nigdy. Więcej. Nawet. Na. Ciebie. Nie. Spojrzę. Rozumiesz?- wysyczałam przez zaciśnięte zęby
-Jeśli mi obiecasz, że potem mnie wysłuchasz, odwołam ich- powiedziała
-Wysłucham cię- chyba tyle mogłam zrobić dla przyjaciółek
Bellatrix wyszła z celi, zamykając ją dokładnie, a ja zostałam sama. Moje myśli ciągle biegły w kierunku tego, ile mogło się już stać dziewczyną. Mam nadziej, że, po pierwsze, moja matka nie kłamała, z tym, że im pomoże, a po drugie, że zdąży. Po chwili wróciła z dziewczynami. Nie było z nią Goldfinch’ a, ale o  niego się tak nie martwiłam, zbadałam je dokładnie wzrokiem i stwierdziłam, że z widocznych na pierwszy rzut oka obrażeń, to Charlotte miała tylko długa, czerwoną krechę na policzku, a Sue niewielką ranę w okolicach skroni.
Po tym, że Kate miał bluzkę ubraną na lewą stronę, a jak wychodził była na prawą, można było się spodziewać, że przypuszczenia mojej matki były prawdziwe.
-Dziewczyny, nic wam nie jest?- spytałam dość odruchowo
-Nie, raczej nie, ale takiego stresu jak dziś, jeszcze nigdy nie przeżyłam- powiedziała Sue.
-Nic nie mów. To nie ciebie prawie przeleciał pół pies- dodała z wyrzutem Charlotte
-Co za różnica, czy pies, czy człowiek?- kłóciła się Sue 
-Pobijcie się jeszcze- powiedziała Kate. Te słowa zawsze rozwiązywały wszystkie konflikty, tak tez było tym razem.
-Możesz zostawić nas same?- powiedziała sucho Bellatrix
-Nie. Obiecałaś, ze mnie wysłuchasz. I zrobisz to.
-Dobra. Mów, ale szybko- powiedziałam od niechcenia.
-Znam prawdę o przepowiedni. Czarny Pan nic nie wie, ale podejrzewa, ze możecie być ważne. Nie planuje mu zdradzić tej przepowiedni. Nie jestem tak zaślepiona, żeby przyczynić się do śmierci własnej córki. Chce ci na razie zapewnić ochronę i twoim koleżanką też. Nie dam rady jednak zbyt długo udawać lojalnej, i wam pomagać. Mam nadzieje, że Lucjusz, Severus i Draco szybko was odbiją.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. No w sumie miło z jej strony, że się o mnie troszczy, ale z drugiej była taka dziwna. Z jednej strony chciała nam pomóc, a z drugiej chciała pozostać wierna Voldemortowi. To się wyklucza
-Ja musze iść- oznajmiła po pewnym czasie i po prostu wyszła.
Chwile panowała cisza, po czym ustaliłyśmy z dziewczynami, że o tym, do czego mogło dojść już nigdy więcej nie będziemy rozmawiać. Niewiele potem ktoś przyprowadził Goldfinch’ a, który była lekko poobijany, ale nie chciałyśmy się go pytać, co się stało. Znów zaczęłyśmy z nim rozmowy na tematy historyczne. Głównie o II Wojnie Światowej i Mitologii Greckiej.