sobota, 4 stycznia 2014

ROZDZIAŁ 4

Proszę, komentujcie :) 

~~*~~



Rozdział 4
Następnego dnia o świcie zostałyśmy brutalnie obudzone przez naszych rodziców. Kto normalny wstaje o 4 w wakacje!? Odpowiedź: Nikt. Oni chyba oszaleli! No dobra musimy iść na Pokątną, ale żeby tak rano? Mugolscy sprzedawcy, o tej godzinie jeszcze smacznie śpią, a na Pokątnej podobno już są otwarte pierwsze sklepy! Nawet pospać nie dadzą. Ciekawe jak to znosi Em, bo to ona zawsze wstawała o 13.
-Ej, dziewczyny żwawiej- pośpieszał nas Draco- chyba nie planowałyście marnować wakacji na spanie do 10. 
-Planowałyśmy!-  powiedziałyśmy chórem, ale i tak było słychać jak bardzo byłyśmy zdenerwowane. 
-Em, jak ty się zachowujesz?- spytał beznamiętnie Severus- Nie takim tonem do starszych! 
-To było pytanie, więc ja na nie odpowiedziałam - broniła się - To chyba normalne. Niegrzecznie byłoby nie odpowiedzieć. 
-Severusie, nie mamy na to czasu- powiedział mój tata- za jakieś 30 min mamy być na Pokątnej, więc możecie się pospieszyć. Ubierzcie się w coś, cokolwiek, byle szybko i chodźcie. 
-Dobrze zaraz będziemy gotowe- odpowiedziałam i wszystkie poszłyśmy się przygotować.
Kiedy wróciłyśmy wszyscy byli już ubrani w różnorodne szaty. Snape jak zwykle czarną i długą, podobne szaty mieli Malfoy’owie z tym, że zielone. Hermiona i Ginny były ubrane na czerwono. My oczywiście miały na sobie ubrania mugolskie w zielono-czarno-srebrnych kolorach.   
-Pośpieszcie się. Musimy dzisiaj załatwić dużo spraw. 
-Już idziemy no! Merlinie, budzicie nas o 4 i oczekujecie, że  będziemy gotowe w 5 minut, co to ma być? Wojsko? 
-Po pierwsze, raz możecie wstać trochę wcześniej- oznajmiła Hermiona- a po drugie, to szybko się przestawiłyście z „Jezu” na „Merlinie”. 
-Nie tak szybko- stwierdziłam- zajęło nam to jakieś 3 tygodnie, znaczy Em przeszła na to od tak, ale ja i Sue musiałyśmy trochę się pomęczyć.    
-Po, co wy w ogóle przerzucałyście się na „Merlinie”?- spytała bardzo zdziwiona Hermiona 
-Eee… tak jakoś. To się łączy z naszą manią blogową 
-Warto wnikać w to dokładniej?- spytał dziwnym głosem Draco, widocznie nie chce mieć powtórki z wczoraj i mądrze. 
-Nie sądzę, żebyś chciał wiedzieć- poinformowałam, starając się zachować powagę, ale było to, co najmniej trudne biorąc pod uwagę chamskie spojrzenie, którym zaszczyciła mnie Emily. Nie moja wina że pierwszy raz słowo „Merlinie” widziała w blogu i umieszczone było w zdaniu, którego nie powinni  usłyszeć . „Merlinie, Severus naprawdę miał boskie ciało”. To zdanie przypomniało mi jak pierwszy raz usiadłam i zaczęłam bloga ss/hg. Och, to były czasy… 
-Możemy już iść, jest już strasznie późno- denerwował się Snape, czym z lekka nas zdziwił.
-Późno?  Biorąc pod uwagę, że jest 4 rano, nie, sorry 4 nad ranem, to o której jest dla was wcześnie? O północy, czy o pierwszej!?- spytała zdenerwowana Sue 
- Powiedzmy, że w zwykłych okolicznościach uznałbym te porę za wczesną, ale biorąc pod uwagę, że o 4.30 jesteśmy umówieni u Olivandera… 
-Po co się do niego umawiać, nie można po prostu iść i kupić różdżki?- spytała Sue.
-A no tak- powiedział Draco- zapomniałem wam powiedzieć, że ta sprawa została trochę uproszczona w książce. Różdżka nie wybiera sobie czarodzieja, różdżka jest robiona specjalnie dla czarodzieja. Różdżkarz bada magiczne zdolności i potrzeby, następnie na podstawie obserwacji wykonuje najodpowiedniejszą różdżkę. 
-Trochę uproszczona??? Tu się tyle różni, że ja nie mogę, za chwilę się okaże, że w Slytherinie są same mugolaki! 
-Bez przesady, aż tak się nasz świat od waszej książki nie różni! 
-Dziewczyny, naprawdę nie mamy czasu- poinformowała łagodnie Ginny- natychmiast do kominka i lecimy! 
Bez zbędnego gadania podeszłyśmy do kominka, który znajdował się po prawej stronie salonu. Pierwsza poszła Hermiona i krzyknęła „Pokątna”. Za nią poszedł Snape, potem kazano iść nam. Jako pierwsza w płomieniach zniknęła Emily, potem poszłam ja. 
W czasie podróży nie zdążyłam nawet pomyśleć. To działo się tak szybko. Kiedy wypadłam z jakiegoś kominka szybko się otrzepałam. Gdy spojrzałam przed siebie, zobaczyłam Emily stojącą z rodzicami. Po chwili pojawiła się także Sue. Zaraz za nią przybyła reszta dorosłych. W tedy postanowiliśmy się rozdzielić. Hermiona i Ginny miały iść po wszystko co potrzebne, a my z ojcami miałyśmy iść do Olivandera po nasze różdżki. 
Do sklepu z różdżkami niebyło daleko. Kiedy tam doszłyśmy, weszłyśmy do sklepu. Różdżkarz czekał na nas za ladą. 
-Witam państwa- powitał nas grzecznie, na co my rzuciłyśmy równe „dzień doby”, a nasi ojcowie lekko skinęli głowami. Z perspektywy Olivandera musiało to wyglądać komicznie.
Trzech mężczyzna wykonujących w tym samym czasie identyczny ruch i trzy dziewczyny pomiędzy nimi mówiące idealnym chórkiem. 
-No, to która z was pierwsza- spytał uprzejmie starszy czarodziej. Obejrzałam się po minach moich koleżanek i już wiedziałam, że to ja pójdę jako pierwsza, bo one się nie odważą. Jak zwykle! 
-Ja mogę- powiedziałam patrząc na nie wzrokiem p.t. „Tchórze!” i podeszłam bliżej do lady. 
-Proszę, panno Malfoy- powiedział pokazując na niewielkie drzwi- możemy tam przejść, aby zbadać pani zdolności magiczne i potrzeby co do różdżki. Zapraszam.
Weszłam z nim do niewielkiego pomieszczenia. Stały tam dwa brązowe, stare krzesła i kilka półek z jakimiś dziwnymi przedmiotami, których nie umiałam zidentyfikować. Mężczyzna wskazał mi jeden z foteli. Usiadłam na nim i stwierdziłam, że był cholernie niewygodny. 
-Kwestie rodzinne są mi wiadome. Chciałbym z tobą przeprowadzić krótki wywiad, abym mógł lepiej dostosować różdżkę do twoich potrzeb. 
-Proszę pytać- powiedziałam ze sztucznym uśmiechem na twarzy. Kolesiowi nie wychodziło bycie „uprzejmym staruszkiem”. Jakoś go nie polubiłam, ale co tam. Brniemy dalej w tę rozmowę! Może być nawet zabawnie. 
-Powiedz mi, do jakiego domu chcesz trafić?- spytał uprzejmie 
-To było pytanie retoryczne?- spytałam- To chyba oczywiste, każdy debil by na to wpadł! 
-Dobrze, czyli Gryffindor… 
-NIE! Czy pan w ogóle myśli? Niech pan spojrzy na moją rodzinę. Czy z takimi rodzicami i bratem mogę chcieć być w Gryffindorze?- spytałam 
-Och, bardzo cię przepraszam- powiedział siląc się na spokój- czyli jak mniemam: Slytherin. 
-Nie, no co pan? Ja bym myślała, że mówiąc o MALFOY’ACH  chcę trafić do Haffelpuffu. 
-Proszę się nie denerwować panienko Malfoy- powiedział. Do wyprowadzenia go z równowagi brakowały naprawdę milimetry- przejdźmy do dalszej części wywiadu: Czy jakaś dziedzina magii interesuje cię bardziej niż inne? 
-Głupie pytanie. Jeśli ja niedawno dowiedziałam się, że magia istnieje, jak mogłam zainteresować się jakąś konkretną dziedziną? Myśli pan czasem?- po chwili ciszy dodałam- To było pytanie retoryczne. 
-Panno Malfoy, proszę nie utrudniać pracy mi i sobie.- powoli wychodził już z siebie- Dobrze, dalej. Ile lat pani miała, gdy pojawiły się pierwsze oznaki magicznych mocy, dzika magia? 
-Jakieś… nigdy! Zostało na mnie rzucone zaklęcie ukrywające magiczne moce, myślałam, że kwestie rodzinne są panu znane. 
-Dobrze- westchnął ciężko- myślę, że tę część mamy zakończoną.- podszedł do jakiejś szafki i wyciągnął z niej kilka dziwnie wyglądających rzeczy- pozwolisz, że rzucę na ciebie kilka zaklęć identyfikujących? 
-Jak pan musi- odpowiedziałam bez większego zainteresowania w głosie 
Elemetum- powiedział kierując w moją stronę różdżkę 
-Woda- powiedziałam nawet nie wiedząc czemu, po prostu, coś mi tak jakby kazało. 
-Och, woda. Niebezpieczna, choć pozornie łagodna. Różne twarze dla różnych osób, ale z reguły bardziej szczera. Zdanie innych interesuje cię tyle, co zeszłoroczny śnieg. Asertywna. Ale za to zmienna, jak marcowa pogoda. Przyjaciele się dla ciebie liczą najbardziej. Do pewnego momentu wytrzymasz wszystko, ale jak przekroczy się jakąś granicę wszystko zapamiętasz, za wszystko odpłacisz. 
To był dokładny opis mojej osobowości, a on rozszyfrował to po jednym słowie. Chyba zaczynam szanować kolesia. W pewnym momencie jego różdżka znów była wycelowana we mnie. 
-Liwer –powiedział łagodnie 
-Turkus- powiedziałam znów nieświadomie 
-Turkus… połączenie zieleni i błękitu. Błękit jest dość oczywisty przy żywiole wody. Zieleń… ten kolor musi znaczyć dla ciebie dużo… na pewno więcej niż kolor domu, do którego chcesz trafić. Kojarzy ci się z czymś przyjemnym, ale bardziej z przeszłością. Musiałaś spędzać dużo czasu na łonie natury. Prawda? 
-Tak- powiedziałam lekko zdziwiona, on mi w myślach czytał, czy co? Ale jednak z zielonym łączyło mnie coś więcej… chusta
-Ostatnie zaklęcie- powiedział, po czym znów skierował na mnie swoją różdżkę- Scatius 
-13-nie lubię jak nie panuję nad tym, co mówię!!! 
-Nie jesteś przesądna, wręcz przeciwnie. Odwracasz przesądy do góry nogami. Liczba 13… pierwszy raz spotykam się z osobą mówiącą o tej liczbie. Nie wiem, co to może jeszcze oznaczać… Ale chyba wiem wystarczająco by stworzyć idealną różdżkę dla ciebie.
Mężczyzna zaczął robić różdżkę. Ja w tym czasie porozglądałam się po pokoju. Naprawdę wyglądał dość strasznie… Nie zdążyłam dobrze o tym pomyśleć, a już usłyszałam głos czarodzieja.
-Różdżka gotowa- oznajmił- włókno ze smoczego serca. Drzewo z kasztanowca. 12 i pół cala. Giętka.- podał mi magiczny przedmiot 
-Dziękuję- powiedziałam wychodząc z gabinetu różdżkarza. 
Kiedy doszłam do czekających Emily i Sue zdziwiłam się, że niema z nimi naszych ojców. 
-Hej, gdzie obstawa- spytałam jak tylko byłam blisko nich 
-Nie chciało im się tyle czekać- powiedziała Emily- a tak na serio to poszli pomóc Ginny i Hermionie z naszymi szkolnymi zakupami. Podobno sporo tego. 
-No dziewczyny to, która teraz?- spytał łagodnie pan Olivander. 
-Ja mogę- powiedziała Sue- no Emily tchórzu, jak zwykle ostatnia. 
-Ostatni będą pierwszymi- zacytowała poważnie, świetnie udając nawiedzoną Kłosek. 
-No, proszę, nie mamy całego dnia.- powiedział różdżkarz 
Sue zniknęła za drzwiami, a ja i Emily gadałyśmy o jakichś bzdurach, nie zwracając uwagi na nic, ani na nikogo. Lubiłyśmy tak gadać, choć to się zwykle źle kończyło, bo kiedy zaczynałyśmy o kimś gadać to on zwykle przechodził obok nas wtedy, gdy mówiłyśmy coś, czego słyszeć nie powinien. Zwykle działo się tak w wypadku nauczycieli, ale nie wiedzieć, dlaczego nigdy nie miałyśmy  przypału, jakoś dziwnie nas lubili. 
-Hej dziewczyny- powitała nas wychodząca zza drzwi Sue- no Em teraz ty. Zobaczymy jak ci pójdzie…- chciała ją przestraszyć, to pewne- powodzenia! 
-Spadaj- powiedziała beznamiętnie Emily i poszła do drzwi, które były lekko uchylone. 
-No Sue, opowiadaj jaki żywioł?- spytałam, jak tylko Em zniknęła, a drzwi zamknęły się. 
-Wiatr- powiedziała, poczym dodała- spokojna, ale nie zawsze, w ogóle, wiatr to podobno sprzeczności. 
-Ja woda- oznajmiłam- wybaczająca, ale gdy się przegnie pamiętliwa- powiedziałam- a poza tym to taka, jaka jestem. 
-Dobra, lepiej mów kolor 
-Turkus 
-Ja też!!! 
-Liczba???- spytałam 
-26. Nie mam pojęcie co to znaczy, bo on powiedział, że nie wie. A ty, jaka liczba? 
-13. Też mówił, że nie wie.- powiedziałam- coś mi tu nie pasuje, co on połowy liczb nie zna? 
-Dobra. Nieważne. Ja mam kasztanowiec i  włos jednorożca, a ty? 
-Też kasztanowiec, ale ja mam włókno ze smoczego serca. 
-No nieźle… - powiedziała Sue, po czym zaczęłyśmy taką samą rozmowę jak z Emily, po pewnym czasie z gabinetu wyszła wspomniana koleżanka, a my spojrzałyśmy na nią pytająco. 
-Ogień, kojarzy się z czymś złym. Czarny, mrok.  6,5. Tu nie wie o co chodzi. Kasztanowiec, pióro hipogryfa- tak, też niemiałam pojęcia, ze takie coś występuje w różdżkach.

3 komentarze:

  1. Ok ciekawy pomysł z różdżkami ;) Czekam na kolejny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozkręcacie się jak widzę.. I bardzo dobrze bo jest coraz lepiej! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. 51 years old Physical Therapy Assistant Hobey Shimwell, hailing from Kelowna enjoys watching movies like Eve of Destruction and Machining. Took a trip to Redwood National and State Parks and drives a Ram Van 3500. mozna zajrzec tutaj

    OdpowiedzUsuń